Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc po prostu ją przytuliłam, kiedy płakała.
Pogrzeb odbył się w sobotę. Deszcz lał po cmentarzu, a Rachel stała tam z dziećmi wokół niej.
„Nie wiem, jak sobie z tym poradzić sama” – szepnęła mi później.
„Nie będziesz sam. Jestem tuż obok.”
Niedługo potem usłyszała diagnozę raka.
„Nie mam na to czasu” – powiedziała mi. „Właśnie przeżyłam jeden koszmar”.
Starała się być silna dla dzieci. Żartowała o perukach i nalegała, żeby odwozić je do szkoły, nawet gdy ledwo trzymała się na nogach. Zacząłem przychodzić każdego ranka.
„Odpocznij. Mam je.”
„Ty już masz swoją własną” – protestowała słabo.
„I co? Wszyscy są jeszcze dziećmi.”
W tych miesiącach zdarzały się chwile, gdy Rachel patrzyła na mnie tak, jakby chciała powiedzieć mi coś ważnego.
Zaczynała mówić, po czym przerywała i patrzyła w dal z zatroskanym wyrazem twarzy.
Kiedyś powiedziała: „Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałam. Wiesz o tym, prawda?”
„Ty też jesteś mój.”
„Nie jestem pewien, czy jestem… dobrym przyjacielem.”
Wtedy zakładałem, że czuje się winna, bo tak bardzo jej pomagałem, ale teraz wiem, że źle ją zrozumiałem.
Pół roku później umierała.
„Musisz mnie posłuchać” – wyszeptała.
„Jestem tutaj.”
„Obiecaj mi, że zabierzesz moje dzieci, proszę. Nie ma nikogo innego i nie chcę, żeby się rozdzieliły. Już tyle straciły…”
„Wezmę je i będę traktować jak swoje własne.”
„Jesteś jedyną osobą, której ufam.”
Te słowa głęboko zapadły mi w pamięć.
„Jest jeszcze coś” – powiedziała ledwo słyszalnym głosem.
Przysunąłem się bliżej. „Co się stało?”
Zamknęła oczy. Przez chwilę myślałem, że zasnęła. Potem otworzyła je ponownie i spojrzała na mnie z takim natężeniem, że aż poczułem mrowienie na karku.
„Rebecca… miej na nią oko, dobrze?”
"Oczywiście."
Założyłem, że mówiła poważnie, ponieważ Becca była najmłodsza, wciąż niemowlęciem, ale te słowa później powróciły, by mnie prześladować.
Kiedy nadszedł czas, dotrzymanie obietnicy danej Rachel nie było trudne. Ani ona, ani jej mąż nie mieli bliskich krewnych chętnych do zabrania dzieci. Mój mąż nie wahał się ani chwili.
W ciągu jednej nocy zostaliśmy rodzicami szóstki dzieci.
Dom wydawał się mniejszy, głośniejszy i bardziej zagracony, ale także pełniejszy w sposób, którego nie potrafiłem do końca wyjaśnić.
W miarę jak tygodnie zamieniały się w miesiące, dzieci stawały się sobie bliższe jak rodzeństwo, a mój mąż i ja kochaliśmy je wszystkie jak własne. Po kilku latach życie w końcu odzyskało stabilizację. Zaczęłam myśleć, że przetrwaliśmy najtrudniejszy etap.
Ale pewnego dnia, gdy byłem sam w domu, ktoś zapukał do drzwi.