Nina Pietrowna leżała na kanapie: surowa, zawsze pogodna kobieta, była nauczycielka, która teraz wydawała się niezwykle niska. Gips na nodze sprawiał, że wyglądała bezradnie, niemal bezbronnie.
Lekarz mówił krótko i zwięźle, jakby czytał wyrok śmierci:
„Złamanie zamknięte. Gips przez sześć tygodni. Bez obciążania. Leżenie w łóżku.”
Automatycznie zacząłem liczyć.
Praca. Dzieci. Dom.
Owsianka rano. Szkoła. Sprawdzenie pracy domowej. Pranie. Gotowanie. Sprzątanie.
Teraz musiała również opiekować się osobą przykutą do łóżka.
Już w myślach skreślałam sen, weekendy i siebie.
„Będę tam” – powiedziałem wtedy. „Rano i wieczorem. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy”.
I wtedy Nina Pietrowna spojrzała na mnie w sposób, w jaki patrzą na mnie ludzie, którzy rozumieją więcej, niż mówią.
„Nie, Anya” – powiedziała cicho.
"Co masz na myśli mówiąc nie?"
„Nie przyjdziesz do mnie. Dość tego. Już żyjesz na krawędzi.”
Zobaczyła to, na co jej syn wolał nie zwracać uwagi: cienie pod oczami, ściągnięte usta i wiecznie napięte ramiona.
„Mam syna” – dodał. „Nie szefa, nie specjalisty, nie bohatera biurowego. Po prostu syna”.
Siergiej wszedł do biura radosny, pewny siebie, z tą męską pewnością siebie, która nie zna granic w codziennym życiu.
„Mamo, nie martw się” – powiedział. „Zajmę się wszystkim. Co w tym takiego trudnego?”