Są historie, które chwytają za serce, nigdy go jednak nie przyćmiewając. Historie, w których nawet w najciemniejszych momentach historii ludzkości pojawia się nieoczekiwane światło. Ta zaczyna się w 1942 roku, na środku oceanu, z setkami wyczerpanych dzieci, miotanych przez los, i światem, który nie chciał już ich widzieć.
Było ich 740. Polskie dzieci, rozdzielone z rodzicami o wiele za wcześnie, doświadczyły niewyobrażalnych trudności jak na swój wiek. Po długiej podróży dotarły do Iranu, mając nadzieję, że w końcu znajdą schronienie i bezpieczeństwo. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Żaden kraj nie zgodził się ich przyjąć. Od portu do portu odrzucenia piętrzyły się, przynosząc ze sobą wyczerpanie, niepewność i strach przed ponownym porzuceniem.
Kiedy wszyscy zamkną drzwi

W tamtych czasach decyzje podejmowano z dala od twarzy i łez. Dzieci sprowadzono do teczek, numerów, „sytuacji, którymi trzeba zarządzać”. Zapasy żywności malały, energia topniała. Mimo wszystko, wytrwali. Starsza siostra trzymała młodszego brata za rękę, szeptana obietnica, cicha solidarność między dziećmi.
Potem, niczym szept niesiony przez wiatr, ich historia dotarła do Indii, do regionu Gudżarat. Żył tam dyskretny, ale głęboko humanitarny człowiek: Jam Sahib Digvijay Singhji, władca Nawanagaru. Nie miał żadnego obowiązku działania. Nie zmusił go do tego żaden rozkaz. A jednak, gdy wyjaśniono mu sytuację, zadał proste pytanie: „Ile dzieci?”.
Odpowiedź była jasna. Jego decyzja była równie jasna.