„Jest teraz na korytarzu” – powiedział delikatnie Chris. „Siedziała tam od dwóch godzin. Uratowała ci życie. Była dawcą”.
Susan siedziała na plastikowym krześle przed moją salą szpitalną.
Myślałem o każdym słowie, którym mnie obrzuciła w ciągu ostatnich kilku dni. Zniosła ból tak, jak ktoś dźwiga coś ciężkiego – nie odpychając go, po prostu pozwalając mu istnieć.
Długo patrzyła w stronę drzwi mojego pokoju. Nasze oczy spotkały się na chwilę, zanim zmęczenie znów uśpiło mnie.
Gdy obudziłem się po raz drugi, światło w pokoju znów się zmieniło — stało się łagodniejsze, późnym popołudniem.
Susan siedziała obok mojego łóżka.
Nie spała. Przyglądała mi się z uwagą kogoś, kto od dawna na coś czekał i nie do końca wiedział, jak zareagować, skoro to się już stało.
Spróbowałem wypowiedzieć jej imię i udało mi się powiedzieć coś zbliżonego do niego.
Pochyliła się do przodu.
Potem delikatnie objęła mnie ramionami, tak jak trzyma się coś delikatnego, przyciskając twarz do mojego ramienia.
Dźwięk, który z siebie wydała, był głębokim, pełnym ulgi płaczem — takim, jaki słychać, gdy ktoś w końcu odłoży coś nie do zniesienia ciężkiego.
Nie mogłem jeszcze za bardzo unosić ramion, ale udało mi się położyć jedną rękę na jej plecach i ją tam przytrzymać.
Susan powiedziała mi, że słyszała krzyki za sobą i nagle zobaczyła, jak wszyscy biegną. Kiedy się odwróciła i zobaczyła mnie leżącego na ziemi, powiedziała, że nigdy w życiu nie biegła tak szybko.
„Przeczytałam list” – powiedziała po chwili, jej głos stłumiony przez moje ramię. „Przeczytałam go trzy razy”.
Milczałem.
„Jeszcze ci nie wybaczam” – kontynuowała cicho. „Ale też nie chcę cię stracić”.
Powiedziałem jej, że to wystarczy.
Za dużo.
Chris odwiózł nas wczoraj do domu.