„Nie zasługuję na ciebie, Ellie. Nie jestem tym, za kogo mnie znasz”.
„Charles, o czym mówisz?”
„Pamiętasz noc, kiedy Conan zginął?”
Mój puls przyspieszył. „Oczywiście”.
„Jestem z tym połączony” – powiedział.
Pokój zdawał się przechylać.
"Co masz na myśli?"
„Tej nocy… miał mnie odwiedzić. Zadzwoniłam do niego. Powiedziałam mu, że pilnie go potrzebuję”.
Dreszcz przeszedł mnie po plecach.
"Dlaczego?"
Odwrócił wzrok. „Powód nie ma znaczenia. Ważne, że do niego zadzwoniłem. Jechał, żeby mi pomóc”.
„I wtedy zdarzył się wypadek” – wyszeptałem.
„Tak. Gdybym nie zadzwonił, nie byłoby go na tej drodze. Nie byłoby go tam w tamtej chwili. To moja wina, Eleanor. Zabiłem mojego najlepszego przyjaciela.”
Spojrzałam na niego.
„Co się stało, Charlesie?”
Pokręcił głową. „To już nie ma znaczenia. Odszedł przeze mnie”.
Jego wyjaśnienie wydawało się… wygładzone. Jakby najostrzejsze krawędzie prawdy zostały zeszlifowane.
„Charles” – powiedziałem cicho – „to nie była twoja wina. Pijany kierowca podjął taką decyzję”.
„Ale gdybym tego nie zrobił…”
„Potrzebowałeś swojego najlepszego przyjaciela. I on się pojawił. Tak właśnie postępują przyjaciele.”
Przyciągnął mnie do siebie, cała drżąca.
Ale nawet trzymając go, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest coś, czego mi nie mówi.
Następne dni wydawały się inne. Charles wydawał się niemal lżejszy, jakby w końcu wyznanie prawdy o tamtej nocy zrzuciło z niego ciężar, który nosił przez lata.
Ale zacząłem zauważać inne rzeczy.
Zaczął znikać na długie „spacery”, czasami na wiele godzin. Kiedy wracał, wyglądał na wyczerpanego – bladego, wyczerpanego.
„Czy wszystko w porządku?” – pytałem.
Uśmiechał się lekko. „Po prostu czuję swój wiek”.
Nie uwierzyłem mu.
Pewnego wieczoru, gdy wrócił do domu, objęłam go ramionami i poczułam ostry zapach środka antyseptycznego.
„Byłeś w szpitalu?” zapytałem.
Cofnął się zbyt szybko. „Nie. Dlaczego tak myślisz?”
„Pachniesz jak środek dezynfekujący.”
„Och… to” – powiedział za szybko. „Podrzuciłem trochę papierów. Nic ważnego”.
Pocałował mnie w czoło i poszedł pod prysznic.
Stałem tam niespokojny. Kłamał – byłem tego pewien. Pytanie brzmiało: dlaczego.
To był moment, w którym postanowiłem to sprawdzić.
Następnego popołudnia Charles oznajmił, że wybiera się na spacer.
„Wrócę za godzinę.”
Dałem mu pięć minut, po czym wziąłem płaszcz i poszedłem za nim.
Może i mam siedemdziesiąt jeden lat, ale wciąż potrafię poruszać się cicho, kiedy trzeba. Zachowałem dystans, gdy skręcił z głównej drogi – a potem patrzyłem, jak idzie prosto do szpitala.
Mój puls zaczął przyspieszać.
Po kilku minutach wszedłem za nim do środka, starając się jak najlepiej wtopić w tłum.
Usłyszałem jego głos na korytarzu i doszedłem do gabinetu konsultacyjnego. Drzwi nie były do końca zamknięte. Zostałem tuż za drzwiami.
„Nie chcę umierać” – mówił Charles. „Nie teraz. Nie wtedy, gdy w końcu będę miał po co żyć”.
Lekarz odpowiedział spokojnie: „Operacja to najlepsze rozwiązanie. Ale musi się odbyć wkrótce. Twoje serce nie wytrzyma dłużej”.
Zaparło mi dech w piersiach.
Jego serce?